Niedawno kolega nomada powiedział, że jego znajomi dzielą się na dwie kategorie: tych co Wietnam kochają i tych co Wietnam nienawidzą. Do tej pory taki podział często spotykałam, gdy w rozmowie padło słowo: Indie. Bo powiedzmy sobie, nie jest to kraj łatwy do podróżowania. W odróżnieniu od Wietnamu, który to ma zupełnie niezłą infrastrukturę. Ale ja i Dragon wpisujemy się do tej grupy ziejących miłością do Wietnamu. Kiedyś na starym blogu zamieściłam całkiem długi wpis, w którym wyłuszczyłam skrzętnie dlaczego nasza niechęć do Wietnamu wyrosła ponad szczyt Fansipana. Teraz po trzech latach, wróciłam do niego i okazało się, że nie stracił nic na aktualności, więc przypomnę go tutaj, dla nauki i zabawy.

***

Mieliśmy już za sobą niejedną podróż po Indiach, kraju uważanym przez wielu włóczęgów za wymagający czy do podróżowania, czy życia. Wydawałoby się zatem, że Wietnam nie powinien mnie bardziej zaskoczyć i potarmosić. A przeczołgał mnie i Dragona stokrotnie. Większość przykrych przygód, które doświadczyliśmy w trakcie wszystkich lat podróżowania po Azji miały miejsce właśnie w Wietnamie. Więc trudno się dziwić, że nie znajdujemy ciepłych uczuć do Pana, Panie Wietnam.

Za pierwszym razem pojechaliśmy na miesiąc, ot takie klasyczne wakacje: jak najwięcej zobaczyć, w jak najkrótszym czasie. W żadnym z miejsc nie byliśmy na tyle długo, by dostrzec jego wady. Stąd i decyzja by wrócić do Wietnamu na dłużej, i to było o te następne 3 miesiące za długo.

Po kilku miesiącach, kiedy emocje opadły zasiedliśmy z Dragonem nad kuflem piwa i szklanką wina i na spokojnie powiedzieliśmy sobie, że to jest pierwszy kraj, do którego nie wrócimy, nawet za dopłatą z budżetu czy z dotacją unijną. Trzy miesiące nieustającej kakofonii, odpowiednika najgorszego polskiego chamstwa ubranego w chiński mundurek, chaosu i cwaniactwa zniechęciło nas całkowicie do powrotu na półwysep indochiński.

Jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Wietnamu, czytałam wpis na jednym z forów podróżniczych, dlaczego ktoś nie lubi Wietnamu. Tekst przeleciał przed oczami, kilka fraz zostało w mózgu, by wrócić z całą siłą, gdy skonfrontowaliśmy to z własnym doświadczeniem.

Wietnam to piękny kraj, spędziliśmy tam kilka na pewno niezapomnianych chwil. Przyroda olśniewa; to kraina niezwykle hojnie obdarzona przez naturę, więc tym bardziej doskwiera zachowanie mieszkańców:

  • Widać różnice zachowania między południem a północą kraju. Na południu Wietnamczycy są bardziej otwarci, życzliwi i pomocni. Im bardziej przemieszczaliśmy się na północ, tym bardziej spotykaliśmy się z obcesowością, agresją i natarczywością.
  • Wietnamczycy kochają karaoke; w każdym miejscu i o każdej porze! Mówi się, że Indie są głośne. Wietnam to przebił.
  • Zagraniczny turysta traktowany jest jak okazja do zarobienia (to zrozumiałe) i do naciągnięcia (co już jest mniej zrozumiałe, ale OK) i do oszukania (czego nie kupujemy). To, że inne ceny są dla białasa niż dla miejscowego, już przyzwyczailiśmy się w czasie podróży. Jeśli kogoś stać na przyjazd do egzotycznego kraju, w przekonaniu lokalsów, stać go by zapłacił więcej. W sumie ten sposób myślenia nie jest obcy także naszym góralom w Zakopanem. Ale to, że płacisz np. za transport w lepszych warunkach, a potem upychają cię na gorszych miejscach, bo przecież jesteś postawiony pod ścianą i tak będziesz musiał jechać – nie jest już tak do końca zrozumiałe. A odmówienie wydania reszty (czyli okradzenie cię tak naprawdę z pieniędzy) podczas kupowania – to tylko w Wietnamie.
  • Wietnamczycy są obcesowi, pchają się, przepychają, potrącają. Słowo grzeczność na co dzień nie istnieje w języku wietnamskim.

Co nie znaczy, że nie spotkaliśmy się z uprzejmością i życzliwością pojedynczych osób, gdybyśmy powiedzieli inaczej to byśmy skłamali. Ale niestety była to kropla w morzu negatywnych doświadczeń.

Zastanawialiśmy się w jakim stopniu na zachowanie ludzi ma wpływ mentalność komunistycznego systemu i chińskich kulturowych wpływów pomieszanych razem przykryte konsumpcyjnym stylem życia. Niewątpliwie jedno wzmacnia drugie i kreuje współczesnego Wietnamczyka.

I kilka scen ilustrujących powyższe:

Scena I: Hoi An – zakup piwa

Dla piwosza Wietnam jest rajem. Nie mogliśmy zatem nie wykorzystać nadarzających się okoliczności i do wieczornego rytuału należała swobodna pogawędka przy złocistym napoju. Po rozgoszczeniu się w hotelu zrobiliśmy krótki rekonesans po okolicy. Znaleźliśmy sklepik z niezłym nawet wyborem piw. Po krótkim targu zakupiliśmy 3 butelki w sumie za mniej niż  40 000 dongów (czyli niecałe 2 dolary – a wtedy w 2012 dolar stał 3,16 zł – ach gdzie te czasy). Płacimy, dajemy banknot 100 000, babsko wydaje nam do 50 000 i pokazuje na zaplecze, że idzie po resztę. Więc stoimy i czekamy, upłynęło kilka minut i nic, zniecierpliwieni lukamy na tyły sklepu. A wiedźma (nie obrażając wiedźm) udaje, że nic się nie stało;  że wydała nam całą resztę. Na nasze dopominania, nagle przestała rozumieć cokolwiek i zaczęła być agresywna. Odpuściliśmy, w sumie dla nas nie była to finansowo żadna strata, ale niesmak pozostał duży. A  w powiedzeniu chytry dwa razy traci, jest głęboka życiowa mądrość. W Hoi An byliśmy dłużej i gdyby nas babsko nie oszukało, to miałoby stałego klienta – a tak konkurencja skorzystała.

Scena II: przekroczenie granic (lotnisko, granica lądowa)

Pierwszy raz przekraczaliśmy granicę na lotnisku, nie mieliśmy wizy tylko promesę i dalsze procedury trzeba było przejść już po wylądowaniu; czyli wypełnić wniosek, przytwierdzić zdjęcie, zapłacić za wizę. Takich jak my, było pół samolotu, a to był największy boeing jakim wówczas dysponował polski LOT; czyli zebrało się trochę ludu. Mała kanciapa gdzie należało oddać wniosek i przejść na drugą stronę do nader skromnej i ciasnej poczekalni. No i stoimy tak, tłum rośnie, a panowie pogranicznicy gaworzą sobie, piją herbatę, przekładają paszporty ze stosika na stosik. Najpierw z lewej na prawą, potem z prawej na lewą. A tłum gęścieje, turystów przybywa, bo wylądował następny samolot. Już ciężko znaleźć wolną przestrzeń by wygodnie stopę postawić; mija 10 minut, drugie 10 minut, pół godziny. Wtedy pojawia się szef szefów. I jak za działaniem czarodziejskiej różdżki, panowie w mundurach przybierają  urzędowy wyraz twarzy, ruchy stają się płynne i pewne, ale z godnością i powoli. Przecież zbytni pośpiech poniża. Paszport z lewej strony, naklejka, pieczątka, podpis, paszport na prawą stronę i tak po kolei. Szef szefów składa podpisy. A potem jeden z urzędników próbuje wywoływać po nazwisku turystów do zapłaty i odbioru paszportu. A wszyscy czekający to turyści z Europy, większość z nich nie ma angielskich nazwisk,  tylko polskie, rumuńskie, niemieckie, duńskie, portugalskie, francuskie. Cud że rozpoznaliśmy własne, a ci co nas znają wiedzą, że mamy ciężkie do wymówienia dla cudzoziemca. Wizę otrzymaliśmy po pełnej godzinie czekania.

Podobny cyrk był na granicy z Kambodżą, którą przekraczaliśmy w grudniu ubiegłego roku. Przy przekraczaniu lądowej granicy wizę trzeba mieć już wbitą do paszportu, co uskuteczniliśmy wcześniej w Phnom Penh i, o naiwni, sądziliśmy, że formalności na granicy pójdą szybciej. Scenariusz „my tu pokażemy, kto jest ważny” został odegrany z równą maestrią jak poprzednio. Z lekką nutą niemożebnego upału i ciężkim bagażem u nogi.

Scena III: podróż autobusem

Autobusy to wygodny i tani środek przemieszczania się po azjatyckich drogach. Do dyspozycji mamy od zwyczajnego krótkodystansowego „ogórka” po full wypasione delux VIP autokary dla turystów. Wietnam ma rozległą sieć kompanii autobusowych w bardzo atrakcyjnych cenach… I na tym wszystkie zalety się kończą. A zaczynają się wady jak walety. Po pierwsze na dłuższe dystanse, niezależnie czy autobus jedzie dniem czy nocą, w pojeździe zamiast siedzeń są leżanki, czyli powinniśmy wygodnie na leżąco przemieszczać ten piękny kraj. Akurat! Leżanki są, i może są wygodne, ale dla osoby gabarytów przeciętnego Wietnamczyka – drobnego i niskiego. A gdy masz pecha być rosłym białasem niezależnie od płci, to kolana pod brodą, klinujesz się w przejściu, wejście i wyjście to istny taniec jogina. Najpierw kucasz, potem przewrót, potem jeden półdupek, potem drugi półdupek, potem zamach jedną ręką, drugą ręką. Uff usadowiony, jeszcze plecak umościć. I wtedy obsługa próbuje wyrugować cię z twojego miejsca, bo pasuje im dać kogoś innego na to siedzenie, np. znajomka – raz im się udało nas otumanić i wymiksowali nas z wygodnych miejsc, które wcześniej sobie specjalnie zarezerwowaliśmy i mieliśmy na nie potwierdzone bilety, no żesz ty … ! Na forach podróżniczych można znaleźć krew mrożące w żyłach opowieści o sposobie prowadzenia autobusów po krętych drogach, szczególnie nocą przez wietnamskich kierowców; o obcesowości i agresywnym zachowaniu obsługi linii autobusowych; o uprzejmości, która kończy się w chwili zakupu biletu – później to czysty survival. I poświadczamy te opowieści uroczyście!

Scena IV: taksówka na dworzec kolejowy Hanoi

Taksówkowi naciągacze nie mają narodowości, ani rasy – to tylko kwestia natężenia zjawiska. A w Wietnamie taksówkowy scam to można powiedzieć duma narodowa. I pomimo, że mieliśmy już doświadczenie, to i tak zostaliśmy naciągnięci przez taksówkarza w Hanoi: podwiózł swojego kolesia na nasz koszt, miał podkręcony licznik, jechał okrężna drogą, a na końcu wymusił na nas napiwek z okazji Nowego Roku. Eehh … szkoda słów.

Scena V: podróż koleją z Sapy

Sama podróż koleją – wagonami sypialnymi jest w miarę komfortowa i bezpieczna. Wydawałoby się, że zakup biletu kolejowego za pośrednictwem hotelu, w którym z resztą dosyć długo przebywaliśmy i w sumie dobrze byliśmy traktowani, powinien skończyć się pomyślnie. Jednak nie można być niczego pewnym, póki samemu się nie sprawdzi. Okazało się, że pomimo, że zapłaciliśmy za podwyższony standard to wylądowaliśmy oczywiście w normalnej kuszetce. A na dodatek obsługa hotelu nalegała na wcześniejsze opuszczenie opłaconego pokoju i wyjazd pod pretekstem, że trzeba wcześniej jechać na dworzec bo droga jest trudna i autobus wyjeżdża wcześniej. No i co? No i kolędowaliśmy 2,5 godziny na dworcu w Lao Cai gdzie, eufemistycznie mówiąc, warunki do czekania były mało komfortowe.

I to było by na tyle, bo inaczej wpis przerodzi się w niekończące marudzenie. A tego nie cierpię najbardziej!