Od samego początku towarzyszyły nam makaki, w coraz większej liczbie. Naprawdę w dużej liczbie. Próbowałam je policzyć, ale szybko straciłam rachubę. Po drodze przydrożna przekupka wskazała na moje okulary i przestrzegła, że lepiej je schować. Podziękowałam za radę i obiecałam, że tak uczynię.

 

To opowieść o miejscowości położonej w wysokich górach jak dla nas, a w rzeczywistości w bardzo niskich partiach Himalajów. To co robi wrażenie w Tatrach: szczyty Rysów i Gerlacha, to na indyjskiej północy miejscowi określą mianem pagórka. No dobrze, będą chcieli być uprzejmi i powiedzą: wzgórze.

Szimla została wyczarowana przez kolonialnych Brytyjczyków. Ale i dziś potęga imperium panuje nad doliną, tylko zmieniła na przestrzeni wieku: kolor skóry, narodowość i język. I Anglicy, i Hindusi mogli być przekonani o swoim niepodzielnym władaniu w Szimli. Ale to tylko pozór władzy. Prawdziwym panującym od wieków jest Hanuman, Bóg Małpa. Na wzgórzu wysokie na kilkanaście metrów bóstwo czujnym okiem baczy na splątane doliny porzeźbione wzgórzami. A dziećmi jego są makaki. Małpy w Szimli to jak gołębie w Krakowie – nie sposób się o nie nie potknąć. Hindusi mają do nich wysoce ambiwalentny stosunek. Z jednej strony gonią agresywne małpiszony – sztukmistrzów złodziejskiej profesji. Z drugiej strony karmią i nie pozwolą zrobić krzywdy. Bo małpa to boskie stworzenie, sługa i posłaniec potężnego Hanumana. A kto by się chciał mu narazić, no kto?

Na pewno nie my! Więc jak tylko trafiła się sposobność po przybyciu do Szimli udaliśmy się krętymi dróżkami na wzgórze. Od samego początku towarzyszyły nam makaki, w coraz większej liczbie. Naprawdę w dużej liczbie. Próbowałam je policzyć, ale szybko straciłam rachubę. Po drodze przydrożna przekupka wskazała na moje okulary i przestrzegła, że lepiej je schować. Podziękowałam za radę i obiecałam, że tak uczynię. Dragon, który ma wzrok piękny, ale bardzo krótki, zapytał się mnie, czy to też go dotyczy. Beztrosko odpowiedziałam, że nie; to chodzi tylko o okulary przeciwsłoneczne, a nie korekcyjne.

Poszliśmy dalej, ostatnie podejście pod świątynię. Byłam zmęczona, więc szłam z tyłu. Nagle zobaczyłam, jak głowa Dragona zmieniła się na sekundę w wielki małpi tyłek, Dragon się odwrócił i mrużąc oczy pozbawiony okularów, rozłożył bezradnie ręce i dramatycznym głosem oznajmił:
– No to ja skończyłem zwiedzanie!

A małpiszon siedział zadowolony na drzewie i dzierżył jego okulary. Próbowałam makaka przestraszyć, by oddał co nie jego, ale mój taniec św. Wita nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Ze świątyni wybiegł miejscowy i zawołał, by małpie dać jedzenie. Niestety nie mieliśmy, ale on wziął coś ze straganu, rzucił małpie, ta upuściła okulary kierując całą swoją uwagę na zdobyty posiłek.

Dragon odzyskał okulary, ale stracił serce do małp. Choć przyznał, że małpiszon przeprowadził akcję perfekcyjnie, bez jednego zadraśnięcia i bardzo profesjonalnie. Czuć było rękę Mistrza w służbie Boga Hanumana!