O przygodach z lotem do Indii już pisałam. Sam lot przebiegł spokojnie. Z pewnością długo nie zapomnę widoku rozświetlonego Delhi. Przyzwyczajona do regularnej siatki europejskich miast patrzyłam z zachwytem na roziskrzone punkty – jakby ktoś od niechcenia rozrzucił milion diamentów. Tu rzadziej, tam gęściej. Bez żadnego planu, bo po prostu tak wypadło.

A potem wylądowaliśmy. I przyszedł … ten pierwszy raz, to pierwsze zderzenie z Azją.

Powietrze?

Gęste i gorące. Wilgoć atakowała zewsząd, wdzierała się do płuc i oblepiała wszystkie pęcherzyki z osobna. Każdy milimetr kwadratowy ciała stawał się przeraźliwie wilgotny. Nie wiedziałam, czy to mój pot, czy para wodna stworzyła wokół mnie niewidzialny kokon, z którego nie mogłam się wydostać.

Zapach?

Rozgrzany asfalt lotniska zmieszany ze spalinami i tym jedynym na całym świecie unikalnym zapachem. Tym, czym śmierdząc, pachną całe Indie: mieszanka gnijących śmieci, jedzenia, przypraw, kadzideł, upału, słońca, miasta i betonu. Smrodozapach – wyjątkowy, niezapomniany, zniewalający.

Kontrast?

Nie wiem, ile razy słyszałam, że „Indie to kraj kontrastów”. Wiecie, takie zdanie-wytrych, niby coś tam mówi, ale tak naprawdę to tylko powielany banał.

A potem wylądowałam w Indiach i ten kontrast walnął mnie w łeb niczym młot. Mogłam tylko za każdym powtarzać: „Indie to kraj kontrastów”. Zamykałam w tym zdaniu cały swój szok, traumę, zachwyt i uzależnienie.

Najpierw był zniewalający upał i gorąc bijący od płyty lotniska. Była pora monsunowa, więc pot oblepił ciało, żar odbierał dech. Weszliśmy do terminalu. Cóż za przyjemny chłód…!

Chłód z minuty na minutę zmieniający się w coraz bardziej dotkliwe zimno płynące bez umiaru z wszechobecnych klimatyzatorów. Nie minęło piętnaście minut, a zaczęłam szczękać zębami. Po półgodzinie zsiniały mi wargi i koniuszki palców. Nie musiałam udawać trupa – wyglądałam i czułam się jak ciało złożone w lodówce kostnicy Theatrum Anatomicum w Krakowie przy ulicy Kopernika. Z nosa polał się wodnisty katar. Nie było żadnego ostrzeżenia, żadnego etapu pośredniego. Z ukropu do lodówki. Temperatura binarna.

Gdy przeszliśmy przez całą biurokrację, nadszedł czas, by skorzystać z toalety. Ta była w miarę czysta, o co dbały dwie kobiety; siedziały na podłodze tuż przy wejściu, zajęte rozmową. Jedna nich mechanicznie wyciągnęła rękę po opłatę, nawet nie przerywając rozmowy z koleżanką. Druga jednak bacznie mi się przypatrywała i kiwnęła głową, że mogę wejść, gdy wkupiłam się kilkoma rupiami.

Toaleta?

Toaleta musiała pamiętać otwarcie terminalu w 1986 roku. Ściany pokryte grzybem to nic dziwnego, przecież przybyliśmy z końcem monsunu, więc grzyb to wszechobecny lokator, nawet w hotelach o wyższym standardzie. Taki w Indiach mamy klimat, a na klimat nie ma mocnych. I na kurz, który współkróluje z grzybem dosłownie wszędzie.

Weszłam i na ścianie zobaczyłam zielono-pomarańczowego gekona. Jeszcze przed wyjazdem zastanawiałam się, jak zareaguję na te wszystkie żywotne istoty, które znam tylko z zoo, a które w Indiach będą na wyciągnięcie ręki, dosłownie.

I na widok gekona mimowolnie się uśmiechnęłam, jakby część układanki sama dopasowała się do pozostałych elementów. Po prostu zrozumiałam, że jeśli zdecydowałam się przebyć tak daleką drogę – nie tylko liczoną w fizycznie przebytych kilometrach, ale też tych w obyczajach, tradycji, kulturze i mentalności – to jedynym rozwiązaniem jest zaakceptowanie tego nowego odkrywanego świata w całości, bez oceniania i wybrzydzania. Jest, jaki jest. Nie mam na to wpływu. Jestem tu tylko gościem.

Przywitałam się w duchu z gekonem: Namaskar! Witaj!

…i weszłam do toalety. Dziura w podłodze, obok wiadro z wodą i kubkiem do spłukiwania, a także wąż podpięty do kranu zamiast papieru toaletowego. To było większe wyzwanie niż gekon w sąsiedztwie. Ale okazało się, że szybko można ogarnąć metodę defekacji na skoczka narciarskiego (o toaletach w podróży opowiem w innym poście).

Bardzo szybko kupiłam ten rodzaj toalet. Teraz gdy mam do wyboru kabinę z europejską lub azjatycką toaletą, to wybieram azjatycką. Bo jest higieniczniejsza i trudniej z niej wyjść z ekstra premią – jak żółtaczka, chlamydia i takie tam inne przyjemności.

Ten pierwszy raz!

A potem było przejście do sali odlotów i próba odnalezienia się w totalnym chaosie. Nie powiem – odczułam ulgę, że to nie ja, lecz Marek, nasz organizator, musi sobie z tym poradzić. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko zaczęło się… dziać. Podszedł do nas uprzejmy człowiek w wyprasowanej, nieskazitelnej białej koszuli i w spodniach w kant. Biel wybitnie kontrastowała z ciemną karnacją mężczyzny. Zapytał z twardym hinduskim akcentem, gdzie lecimy, a potem popilotował nas do odprawy. Ustawiliśmy się karnie w kolejce, no i cud przestał działać.

Okazało się, że dla dwóch osób z grupy nie ma miejsca w samolocie, klasyczny overbooking. Ktoś musiał polecieć innymi liniami, a bagaże zostały już nadane… dwie Joasie zgłosiły się na ochotnika; obiecaliśmy przypilnować ich bagażu. Potem security check – o wiele ostrzejszy niż w Warszawie czy Moskwie. Przyszła pora na… rozpoznawanie zwłok: na ziemi leżały nasze bagaże i mieliśmy wskazać, które są nasze. Dobrze, że pamiętaliśmy, jak wyglądały plecaki Aś. Dopiero kiedy własnoręcznie umieściliśmy bagaż na wózku, zostały przetransportowane do samolotu.

I wreszcie mogliśmy wejść do gate’u. Wydawało się nam, że teraz już nic nas nie zaskoczy.

Siedzimy i czekamy, czekamy i siedzimy, siedzimy i czekamy, czekamy i siedzimy…

Obok nas rozsiadła się grupa sikhów, głośno debatujących i przeżywających lot do Katmandu. Wyglądało na to, że to jakiś firmowy wyjazd integracyjny albo spora delegacja. Pewnie dlatego był overbooking. Po drugiej stronie na półce ciągle dzwonił telefon, taki z tarczą na wykręcanie numerów. I nikt się nim nie interesował. Dzwonił, chciał przekazać ważną informację, ale że stał w kącie, nikt z obsługi nie miał szans go usłyszeć w tym rejwachu. Zrobiło mi się żal biedaka. Tak walczy o uwagę, niczym osioł, który chciał dołączyć do wyprawy Shreka: „Mnie! Mnie! Odbierz Mnie!”.

Wreszcie ktoś się nad nim ulitował, odebrał i po chwili z głośników popłynął komunikat, że samolot jest spóźniony, a w ramach rekompensaty podróżni zaproszeni są na darmowy masala chai, ten niepowtarzalny słodki napój herbaciany z mlekiem i mieszanką przypraw.

I jakby kto granat wrzucił w nasze stadko! Sikhowie zerwali się z okrzykiem i na wyścigi pomknęli do baru. Próbowaliśmy i my spróbować tego specjału, ale polegliśmy we wszechobecnym chaosie. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że w Indiach nie ma kolejek, są tylko silne łokcie.

No i doczekaliśmy tej chwili, gdy zaproszono nas do samolotu. Royal Nepal Airlines.

Piękne egzotyczne stewardesy musiały zapanować nad sikhami. Wsiedli do samolotu pierwsi, rozsiedli się tak, jak im było wygodnie, a gdy okazało się, że zajęli nasze miejsca – nie kwapili się, by ustąpić. Jeden z nich jednak tak bardzo chciał siedzieć przy oknie, że zamieniliśmy się miejscami. Potem była zabawa z zapinaniem pasów, ustawianiem foteli w pionie, prezentacja zasad bezpieczeństwa. Podczas lotu po kilku piwach sikhowie rozbawili się na dobre, chcieli nas częstować drinkami i się zaprzyjaźniać. W dobrej komitywie wylądowaliśmy w Katmandu i pożegnaliśmy się wylewnie.

A w Katmandu czekały na nas obie Asie. Szybkie wypełnienie wniosków wizowych, potem kilka trudnych chwil, gdy urzędnik podejrzliwie przyglądał się fotografii na wniosku wizowym Lidki. W ostatnim momencie wycinała ją z ksero paszportu nożyczkami do paznokci i teraz z pełnym przekonaniem i powagą mówiła:

This is digital photo, it is ok, this digital photo.

Urzędnik nie był do tego przekonany, ale nie wyglądaliśmy na maoistowską partyzantkę, więc machnął ręką i powbijał wizy do paszportów i życzył miłego pobytu w Nepalu.

Odebraliśmy bagaże i gooood evening, Kathmanduuuu!!!

Post scriptum:

To był rok 2005. Nepal znajdował się w stanie wojny domowej, a maoiści kryli się w dżungli i urządzali strajki i blokady. Na kilka tygodni przed naszym przylotem zablokowali na tydzień międzynarodowe lotnisko, czym skutecznie wystraszyli turystów. Byliśmy nielicznymi, którzy wtedy w sierpniu przewinęli się przez stolicę Nepalu. Ruch turystyczny zamarł. Dolar kosztował 66 królewskich nepalskich rupii, dziś to ponad 100.

Aparaty cyfrowe były nowością, my olympusa pożyczyliśmy od przyjaciół, a analogowego kodaka od Pani Matki.

Komórki zostawiliśmy w Polsce, podczas podróży napisaliśmy dwa maile z hotelowego komputera.

Prawdziwe wakacje offline.

W Nepalu przeszliśmy najostrzejszy security check ze względu na toczący się konflikt. W bagażu podręcznym można było jednak przewieźć tyle płynów, ile się chciało. Nikt nie przejmował się odrębnym sprawdzaniem elektroniki. Oczywiście broni i ostrych rzeczy nie wolno było wnieść na pokład samolotu, ale… dzidę już tak. Napiszę o tym następnym razem.