Jest sobie klub, nieformalny; członków można poznać, że na hasło „Szeremietiewo” natychmiast pojawia się na twarzy kombatancki grymas, zupełnie niepowtarzalny, mieszczący w sobie jednocześnie: wściekłość, rozbawienie, niedowierzanie (tu spora dawka), cierpienie i na końcu całkowite pogodzenie się z losem.

 

To nie jest normalne, że kupa żelastwa wzbija się w powietrze, leci kilka tysięcy metrów nad ziemią, a potem nie spada, tylko ląduje łagodnie lub mniej. Wiem, to żadne cuda, tylko prawa fizyki. Ale bardziej przemawia do mnie idea profesora Geista, którą roztaczał przed Wokulskim w Paryżu, idea metalu lżejszego od powietrza; a my jak na latającym dywanie płynęlibyśmy po niebie. Wracam jednak na ziemię.

Są tacy, co na widok drogowskazu na lotnisko mdleją, i żadne obietnice największej nawet nagrody nie zmuszą ich, by wsiedli na pokład samolotu. I są tacy co z latania uczynili pasję i zawód. I większość, którym to jest naprawdę obojętne jak to wszystko działa, byle tylko on time dotrzeć na czas z punktu A do punktu B. Jednak niewątpliwie, pierwszy lot to ekscytacja nowością, w końcu na razie nie latamy codziennie po mieście w powietrzu jak w „Piątym elemencie”:

the fifth element flying carsGify zapożyczone stąd

…więc ta cała tajemnicza odprawa bagażu, uzyskanie pokładówki, kontrola bezpieczeństwa, to na początku sprawia wrażenie, że zostaliśmy dopuszczeni do wyjątkowej strefy. I nie jest to ułuda. Przechodzimy przecież często do zony wolnocłowej.

Multipassport - The 5th Elementi stąd

Z pierwszego lotu samolotem w dzieciństwie pamiętam, że było mi strasznie niedobrze. To był krótki lot nad Krakowem zorganizowany jako atrakcja przez związki zawodowe albo inną instancję partyjno-społeczną w zakładzie, gdzie pracował Pan Ojciec. Dla rozrywki klasy robotniczej i pracującej inteligencji wyczarterowano Antonowa, który przez pół godziny miał zrobić kółko nad Krakowem, byśmy mogli podziwiać piękno socjalistycznego miasta. Mieliśmy być takim dzisiejszym dronem, który na niskim pułapie, przeleci nad Wieżą Mariacką, pozdrowi kwiaciarki na Rynku, a następnie zakręci przy Wawelu, by unieść się nad Bronowicami, tak bym mogła Pani Matce pomachać, a potem wylądujemy lekko jak muśnięcie pióra anioła na lotnisku w Balicach. Jedyne co zapamiętałam, że było deszczowo, ponuro, strasznie długo czekaliśmy na samolot, a potem to tylko nieustające uczucie, że będę wymiotować, że żyć z siebie wyrzygam! Choroba lokomocyjna w całej okazałości. I tak mi zostało. Nie boję się latać, ale starty, kołowania i lądowania to najbardziej wymyślna tortura jakiej w życiu doświadczyłam. I to na dodatek dobrowolnie, więc nie mogę nawet prosić o gram współczucia. Zawsze jednak łudzę się, że z lotu na lot stanę się jak ten agent służb specjalnych, co potrafi przejść po skrzydle samolotu, gdzieś tam na wysokościach, bez ani jednego odruchu wymiotnego. Próżne nadzieje.

Jest sobie klub, nieformalny; członków można poznać, że na hasło „Szeremietiewo” natychmiast pojawia się na twarzy kombatancki grymas, zupełnie niepowtarzalny, mieszczący w sobie jednocześnie: wściekłość, rozbawienie, niedowierzanie (tu spora dawka), cierpienie i na końcu całkowite pogodzenie się z losem.

Oczywiście znajdziemy na świecie cały wachlarz lotnisk, które należy omijać wielkim łukiem, podróżnicy po Afryce mają niejedną opowieść mrożącą osocze w krwiobiegu o portach powietrznych, które nie istnieją, a samoloty latają, czasami się rozbijają, a czasami dolatują do celu. Natomiast Opowieść o Szeremietiewie to opowieść o głównym porcie lotniczym upadłego Związku sowieckiego, a potem wzrastającej w mocarstwowość Rosji.

Coraz częściej spotykam się z przekonaniem, że porty lotnicze, szczególnie te wielkie huby, upodabniają się do siebie. Niewiele mają różnic, które pozwoliłyby zapaść w pamięć, tym którzy jak bieguni u Tokarczuk przemierzają siatkę lotniczych połączeń.

Szeremietiewa natomiast nie dało się zapomnieć, i nie dało się go porównać, z żadnym międzynarodowym portem. Był diamentem w podróżniczych opowieściach, niekończącą się ich skarbnicą. Cztery razy korzystaliśmy z rosyjskich usług. Zapadło w pamięci, nawet alzheimer tego nie wykorzeni. To doświadczenie na poziomie komórkowym, wyryte w łańcuchu DNA.

Pierwsza w życiu podróż do Azji (2005)

Wtedy najtańsze połączenia oferował Aerofłot via Moskwa: WAW–SVO–DEL (Warszawa–Moskwa–Delhi). Odpowiednio wcześnie stawiliśmy się do odprawy na Okęciu: nadanie bagażu, otrzymanie pokładówki, zakupy w strefie wolnocłowej oraz kontrola paszportowa przeszły gładko dając nadzieję na równie pomyślny lot. I lot był pomyślny, ale dopiero następnego dnia. Linie lotnicze odwołały kurs na trasie Moskwa–Delhi. Konsternacja, najpierw służby graniczne niechętnie nas przepuściły z powrotem, zburzyliśmy co nieco ich rutynę i procedury, potem dobrą chwilę czekaliśmy na odzyskanie bagażu. No i co dalej?

Wylądowaliśmy w Mariocie (też na literę M) i na koszt Aerofłotu zaznaliśmy luksusu przed trampingowymi przeżyciami. Obserwowałam przez okno startujące samoloty, hipnotyzujący widok.

Następnego dnia lot Warszawa–Moskwa: mały Tupolew, za grosz miejsca, ciasno (czyżby prekursorzy Ryanair?). Stewardesy z sojuzną uprzejmością podawały posiłek i napitki, wiek i prezencja oraz uprzejmość załogi adekwatne do wyposażenia. Trafił się kozak kapitan, który wcześniej musiał latać w Afganistanie, wystartował od razu pionowo, a po dwóch godzinach lotu jak jastrząb spadł na płytę lotniska w Moskwie. Ja ze swoją choroba lokomocyjna modliłam się, by ktoś mnie dobił.

Połączenie dalsze mieliśmy w miarę szybko, więc wówczas zgrzebność Szeremietiewa nie poraziła tak bardzo, aczkolwiek po obejściu całej strefy tranzytowej, nie znaleźliśmy wolnego miejsca siedzącego. Trudno się dziwić, gdyby policzyć krzesła dostępne dla podróżnych, może zebrałoby się ze dwa tuziny, niecałe. Mnóstwo ludzi siedziało, leżało i koczowało na podłodze. Ceny w knajpach doprowadziły nas do zawału. W strefach tranzytowych zawsze jest drogo, ale moskiewska miała chyba jeszcze jakieś ekstra narzuty.

Druga podróż do Azji (2006)

Teoretycznie z Warszawy do Bangkoku z przesiadką w Moskwie leci się kilkanaście godzin. Praktycznie również to się zdarza, podobno nawet częściej niż rzadziej. Nam wyszło pół na pół. Za pierwszym razem, pojawiliśmy się na lotnisku naszego najsławniejszego kompozytora w niedzielę listopadową późnym rankiem. Lot do Moskwy 11.20. Już nas tknęło złe przeczucie gdy na tablicy ogłoszeń pojawiło znienawidzone deleyed. Ale przy odprawie jeszcze poproszono nas o cierpliwość. Bagaż zarejestrowano, pokładówki wydano: Duty Free jest nasze!!! Minął ranek, minęło południe, a samolot nie wyleciał jeszcze z Moskwy, tam śnieżyca, tutaj w Warszawie mgła, a my zawieszeni w strefie. Przewodnik stada, Artur – chodzący spokój, wywalczył vouchery do lotniskowej jadłodajni. Coś przekąsiliśmy. Wielkimi krokami zbliżała się pora popołudniowej herbaty, a my ciągle błąkaliśmy się między eleganckim garniturem a równie eleganckim butem w oparach perfumerii całego świata. Nasz samolot do Bangkoku miał odlecieć wieczorem. Wyłowił nas z tłumu pracownik lotniska i zaproponował zastępczy rejs innym lotem, ale niestety nie mieli miejsc dla nas wszystkich. Solidarnie powiedzieliśmy NIE propozycji. Po dwunastu godzinach od przekroczenia progu lotniska, na tablicy pojawił się napis cancelled. Większość towarzystwa przejawiła zdecydowane podenerwowanie. A my? Rozsiedliśmy się wygodnie – witaj Mariocie!!!

Nie pamiętam, kto i kiedy powiedział, że w sojuzie, ważna była każda władza, to przeszło z carskiej Rosji i trwa w dzisiejszej Federacji. Każdy kto ma jakąkolwiek władzę, nawet etażnaja w hotelu, tej władzy pilnuje i wymaga respektu. A władza się nie uśmiecha. Władza jest zawsze poważna. Dlatego też rozwój wypadków też był poważny.

I następnego ranka znów karnie stawiliśmy się do odprawy. I tam już czekała na nas wiadomość: polecimy tylko do Moskwy, następny lot do Bangkoku dopiero pojutrze (to był ten czas jeszcze przed inwazją rosyjskiej turystyki w Tajlandii i Aerofłot latał tylko 2 do 3 razy w tygodniu). Hania, żona kolegi organizującego nasz wyjazd – Jacka, poruszyła niebo i ziemię. On sam już czekał na nas w Bangkoku. Ona tutaj na miejscu działała jak taran, a Artur przykład buddyjskiej cierpliwości załatwiał wszystko na lotnisku. Stanęło na tym, że lecimy do Moskwy, stamtąd do Hanoi, z Hanoi do Bangkoku. Drobnostka. Łącznie z tym, że samolot, którym lecieliśmy do Moskwy wylądował na Szeremietiewie krajowym, dobrych kilkanaście kilometrów od międzynarodowego. Z lotniska bez wiz wyjść nie mogliśmy, a nasze bagaże już całowały rosyjską ziemię. Zostaliśmy po wyjściu zaraz zatrzymani, oprócz nas do przygody dołączyło dwóch polskich informatyków będących na stażu zawodowym w Szanghaju, para emerytów uciekających na tajskie plaże przed polską zimą i samotny włóczykij zmierzający do Indii i Nepalu, najpierw by podróżować, a potem by pohandlować. Wszyscy mieli lecieć dnia poprzedniego i wszyscy wylądowali w rosyjskiej tranzytowej (transportowej) czarnej dziurze.

Czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy. Potem skonsternowana (ale nic nie pokazująca po sobie, bo przecież to władza) obsługa zaprowadziła nas do przeszklonego pomieszczenia, skąd widać było taśmy bagażowe i nasze plecaki wirujące na nich. Był problem z bagażami. No visa, no luggage. Pracownicy nie byli zbyt chętni, by je nam dostarczyć.
Po chwili jednak znalazło się rozwiązanie. Strażnik otworzył boczne drzwi, potem pojedynczo sprintem podbiegaliśmy do taśmy, łap za plecak i truchtem powrót pod baczne skrzydła obsługi lotniskowej. Ciągle w tle było słychać poddenerwowane:

– Bystreje, bystreje.

Pożegnaliśmy włóczykija, on dopiero następnego dnia miał samolot do Delhi, więc po nocy w lotniskowym hotelu, miał ruszyć dalej w indyjski świat. A my zostaliśmy zaproszeni do salonu dla VIPów i znowu zaczęły płynąć minuty, kwadranse, godzina jedna, druga.

Salon pamiętający zapewne lepsze czasy, dziś sprawiał dość przygnębiające wrażenie: szerokie kwieciste fotele i sofy, żółć i czerwień na tle brudnego beżu, przystrojone zgaszoną przez kurz zielenią; w kącie bar oklejony imitacją hebanu i mahoniu, namiastką ekskluzywności za mniejsze pieniądze. Kanapy powitaliśmy z radością. Byliśmy naprawdę zmęczeni i ciągle w napięciu, był już wieczór, a my oprócz porannego śniadania i posiłku w samolocie nie jedliśmy nic. Jędruś, nasz miły kolega przechadzał się nerwowo między fotelami i oznajmiał co chwilę:

– Jestem głodny, zaraz zacznę marudzić.

Jego narzeczona z lekka go obsztorcowała. Była starsza od niego kilka lat, klęła jak szewc, ale o dziwo pasowało to do niej, chłopczycy z zawadiacko przekrzywioną  na bok khaki czapką z daszkiem; ale była w niej też powaga osoby, która doskonale wiedziała, co chce robić w życiu i to robiła. Jędruś zaś prowadzący bar na warszawskiej Pradze miał w wyrazie twarzy tę jeszcze nastoletnią zadziorność przechodzącą momentami w infantylność, która mężczyznom zostaje do trzydziestki, a niektórym niestety do późnej starości.

Ale w tamtej chwili stanowili ciekawą parę, która mogła mieć przed sobą jeszcze niezłą perspektywę nieszablonowego związku wbrew społecznym szufladkom. Ona robiąca karierę w korporacji, on prowadzący bar. Oboje znaleźli w sobie na tyle coś atrakcyjnego, że trwali. Potem z latami okazało się, że stworzyli naprawdę udaną rodzinę, a Jędruś nie okazał się Piotrusiem Panem. Na szczęście!

I chodził Jędruś tak w kółko po salonie, i marudził, że głodny. W końcu dotarł do nas przedstawiciel Aerofłotu. Potwierdzili lot do Hanoi, a potem do Bangkoku. Informatycy dostali propozycje lotu do Pekinu; wzięli, bo lot za niedługo, a na miejscu łatwiej będzie im się dostać do Szanghaju.

Samolot do Tajlandii był dopiero o 8.00 rano, więc czekało nas kilka dobrych godzin nocnego czuwania w strefie tranzytowej. Zapakowaliśmy się do zdezelowanego nieogrzewanego autobusu i przemierzyliśmy w ciemności przestrzenie równiny rosyjskiej z Lotniska nr 1 na Lotnisko nr 2. Było zimno i ponuro, ale nam ciągle towarzyszył impet początku podróży i przygody. W końcu tuż przed północą dotarliśmy na Szeremietiewo 2. Arturowi udało się wyciągnąć jeszcze vouchery na posiłek. Pracownicy linii nie chcieli ich oczywiście wydać (patrz uwaga o władzy), argumentując, że sami wybraliśmy opcję Hanoi i nie chcieliśmy czekać na lot do Bangkoku. Jednak, za co zawsze go będę podziwiać, Artur z niesamowitą cierpliwością ostatecznie wyegzekwował talony na jedzenie. Wystarczyło na skromne, ale przynajmniej nie byliśmy głodni.

Podróżowali z nami pani Maria i pan Jerzy – starsze małżeństwo z Wisły; kiedy powiedzieliśmy im, że trudno będzie wytrzymać w strefie z niedowierzaniem patrzyli i komentowali, że nie na takich lotniskach bywali i zawsze coś udawało się załatwić: a to za niewielką dodatkową opłatą wejść do VIPowskiej strefy, czasami nawet bez haraczu; a poza tym to nie jest możliwe, by nie było miejsc do siedzenia, w końcu to międzynarodowe lotnisko. No cóż, teraz chodzili zagubieni jak dzieci we mgle, na całą strefę było kilkanaście metalowych krzeseł, reszta w dużej liczbie za przeszklonymi ścianami bezpośrednio przy gate’ach, ale tam dopiero nas puszczą jak samolot będzie podstawiony.

Szeremietiewo nocąWidać jak za przeszkloną ścianą jest mnóstwo pustych krzeseł, ale niedostępnych dla podróżnych, a na pierwszym planie nieliczne szczęśliwe istoty, którym udało się zająć dostępne ławki.

– To nie do wiary! – Pan Jerzy bezradnie rozkładał ręce. – To nie do wiary – powtarzał w swoim zagubieniu. My, by przetrwać wolno płynące godziny spacerowaliśmy tam i z powrotem (jak Dulski naokoło stołu) przysiadając od czasu do czasu na podłodze lub schodach. Ostatecznie złamaliśmy się i poświęciliśmy jakąś zawrotną sumę na dwa piwa. Małe. Najdroższe piwa w naszym życiu i wcale nie najlepsze. Ale doczekaliśmy ranka i lotu – 12 godzin do Hanoi, potem 6 godzin oczekiwania na lot do Bangkoku i po 60 godzinach od terminu naszego planowego wylotu z Warszawy dotarliśmy na miejsce, na Khao san Road.
W drodze powrotnej planową przerwę między lotami mieliśmy 14 godzin. Spędziłam czas tak:

SzeremietiewoW tym śpiworze na podłodze – to sem JA!

Kolejna podróż do Azji (2009)

Aluminium, plastik, dykta – nie pozostał nawet ślad świetności Igrzysk Olimpijskich Roku Naszej Ery 1980. Sufit ozdobiony metalowymi rurami stanowił szczyt dizajnu późnego Breżniewa. Prawie trzydzieści lat później władza próbowała dać Szeremietiewu nową twarz, godną federacyjnej Rosji. Strefa tranzytowa zmieniła się w nieustający remont.

Zapowiedzi słyszane z głośników mieszały się z odgłosami młotków, wiertarek, szlifierek tworząc radosną melodię nic nieznaczących dźwięków. Zdezorientowani podróżni jak meksykańska fala na stadionie, ale bez tej radosnej beztroski, przelewali się z jednej strony na drugą, uprawiając slalom między okazjami bezcłowymi a tłumem pasażerów.

Olbrzymia tablica informacyjna zasłonięta rusztowaniami zrezygnowana wygasiła wszystkie światła; pogrążyła się w czarnej melancholii dla siebie zachowując wszystkie wiadomości.

Czas również zamknął się w sobie. Szczelnie owinięte w folię zegary odliczały minuty i sekundy nie dzieląc się tym z nikim, zazdrośnie strzegąc informacji. Od razu przestawiliśmy zegarki + 2 godz. do przodu. I idziemy w poszukiwaniu naszego gate’u.

Chciałoby się, by istniał taki teleport jak w Star Treku, ale nasza teleportacja będzie trwała długich 11 lotniczych godzin. Po piątej godzinie lotu każdy mięsień i nerw w ciele podniesie bunt, by zburzyć Bastylię względnego spokoju. Nerwy wyciągną transparenty i pójdą przed królewski pałac:

– Chcemy wyjść!!! WYJŚĆ!

Jesteśmy 10 tys. m nad ziemią.

– CHCEMY WYJŚĆ – zakrzyknie rewolucyjna tłuszcza i kłęby mięśni. Ale odwrotnie do francuskich wypadków 1789 r. ten bunt zostanie zduszony. W zarodku.

I błądziliśmy po strefie bez czasu, tam i z powrotem, aż znaleźliśmy nasz gate do raju. A przed nim kurz, gruz i folie. Oświetlenie zastrajkowało, ale nie jest źle: za folii silnym blaskiem drogę do samolotu oświetla nam jasne oblicze Władimira Władimirowicza. Kilkudziesięciocalowa plazma jeszcze pachnąca fabryką została zawieszona w samym środku tego bardaku: żebyśmy wiedzieli, że dobrotliwy ojciec narodu czuwa.

Stali nie opodal. Rodzina: ojciec, matka i dwóch synów. Starszy wyrośnięty nastolatek, młodszy między 10 a 12 rokiem życia, głos jeszcze dziecięcy, przed mutacją. Ubiór nie rzucający się w oczy, ale schludny. Wszyscy w obowiązkowym dżinsie, ale zamiast koszuli i swetra jak należałoby się spodziewać w styczniu, młodsi mieli koszulki polo, krzyczące nowością, aż dziw, że gdzieś za kołnierzykiem nie dyndała metka. Matka w falbaniastej z krótkim rękawem bluzce, a ojciec w kolorowej koszuli, prawdziwej tęsknocie do hawajskiego stylu. W pasie przepasane kurtki, na stopach sportowe obuwie.

Czerwone policzki ojca rodu nie odbiegały za bardzo od równie krasnych małżonki. Miał lekko kwadratową głowę, szerokie kości policzkowe, wiadomy znak słowiańskich genów z niewielką domieszką tatarskiego nasienia, hen gdzieś ze średniowiecza. I ten miękki rozlany owal twarzy. Matka musiała odwiedzić fryzjera, mocno skręcone włosy o porażającym blond odcieniu; adekwatny do tego makijaż: niebieski błyszczący cień, śmiała kreska wokół oczu, karmin ust.

Rodzina jedzie na wakacje. W ręku każdy trzyma obowiązkową reklamówkę z duty free, a w niej podzwaniają butelki, zapewne skorzystali z okazji, by zakupić zapas nie tylko na drogę, ale i część wakacyjnego pobytu, gatunki wybrali jednak swoje, szczere rosyjskie. Żadna przecież whisky czy brandy nie dorówna ojczyźnianej kryształowej wódce.

Oczekiwanie na wejście do samolotu przedłużało się. Staliśmy ciągle jedną nogą już w samolocie, a drugą w strefie niczyjej. Samolot na ponad 300 pasażerów, Iliuszyn, duma sowieckiego związku w służbie putinowskiej Rosji. Naród rosyjski jedzie na wakacje. By skrócić czas oczekiwania na wejście na pokład, powoli gdzie nie gdzie pojawiły się flaszki, strzeliła zakrętka, słychać bulgot przelewanego płynu. Podziwiam Rosjan, gdy piją. Nikt nie potrafi pić tak jak oni: godnie, spokojnie, bez zadęcia.

Rodzinka koło nas stwierdziła, że to słuszny pomysł. Ojciec wyciągnął przeźroczystą butelkę z równie przejrzystym płynem, matka z torebki wyczarowała plastikowe kubki i woreczek z ogórkami kiszonymi. Ojciec polał wódki sobie, matce i starszemu synowi. Młodszy po krótkim zastanowieniu też dostał, ale z sokiem. Rodzice stwierdzili, że za młody jeszcze na czystą, ale w przyszłym roku dołączy do reszty rodziny.