Weszłam z mocnym postanowieniem w duszy, że przemknę, tak niezauważenie jak czyste powietrze w Krakowie zimą, do regału z drukami akcydensowymi, porwę czerwony poszyt i teleportuję się do kasy.

 

Onegdaj, za siedmioma wzgórzami dorosłości, w świecie dzieciństwa sklep papierniczy uwodził skuteczniej niż największy zabawkowy. Blok techniczny, papier kolorowy, kredki i pisaki dawały więcej błogości niż lalka mówiąca „mama”. A we wczesnej młodości byłam pozbawiona tych wszystkich niszczących dziś gust papierniczych utensyliów; sama oprawiałam zeszyty w najbardziej kolorowe strony z „Kobiety i życia” lub „Zwierciadła”, ukradzionych Pani Matce, która je skrzętnie kolekcjonowała, by wymieniać się nimi później z koleżankami w pracy; jedyne źródło życiowego stylu w realnym socjalizmie.

A teraz niedaleko nowy sklep papierniczy otworzył się na klienta. Długo się opierałam nim przekroczyłam próg. Jestem nałogowcem: papieroholikiem, pióroholikiem, pisakoholikiem, notesoholikiem, teczkoholikiem. Ale przyszedł ten moment, teraz w styczniu, gdy zakupić trzeba było nową książkę przychodów i rozchodów, tę swoistą ewidencję fiskalnych grzechów i cnót.

Weszłam z mocnym postanowieniem w duszy, że przemknę, tak niezauważenie jak czyste powietrze w Krakowie zimą, do regału z drukami akcydensowymi, porwę czerwony poszyt i teleportuję się do kasy. Ha! I plan był doskonały, ale zburzyła go Pani Matka, która poprosiła o zakup kalendarza. Pani Matka jest kalendarzoholikiem. Nie odmawia się Pani Matce, tak jak się nie odmawia panu premierowi, panu papieżowi, panu rabiemu, panu imamowi, panu rinpocze; szczególnie gdy proszą nas o to, co usprawiedliwia naszą słabość. No i weszłam do jaskini papierowego szatana.

I wtedy zobaczyłam ją. Teczkę, we wzorek z sowami, grzecznie przycupniętymi z boku między krzykliwymi grafikami o kolorach z obrazów Witkacego po peyotlu, lub absyncie, lub jednym i drugim. A sowy musiały przylecieć ze świata, w którym króluje róż i fiolet, dwaj bracia. Zapowiadały deliryczną przygodę.
– Chodź ze mną, chodź do mnie, weź mnie! – Czarne ich źrenice wołały syrenim śpiewem. Przygarnęłam tę teczkę, i książkę podatkową, i kalendarz, i segregator, i kubeczek termiczny, i kolorowe samoprzylepne karteczki.

A teraz siedzę i wpatruję się w moje przyjaciółki sowy. Co chcą mi powiedzieć? Co ja chce sobie powiedzieć?