Siedzę w pracy. Litery i cyfry płynnie przelewają się z jednego arkusza Excela do drugiego. Naglę słyszę głos dzwonka. Ciśnienie mi rośnie do trzystu, bo to nie jest zwykły dźwięk tylko Wagnerowska Pieśń Walkirii zapowiadająca kłopoty. To dźwięk funkcji SOS telefonu Pani Matki:

– Tak matuś, co się stało?
W słuchawce słyszę szloch.
– Matuś, jesteś tam?!
Nic, tylko rozpaczliwe łkanie.
– Co się stało?! Mamo! Halo! – Głos poszedł o oktawę wyżej, koleżanka spod okna popatrzyła z przestrachem.
– Bo… bo… – Pani Matka próbowała coś powiedzieć, a ja oczyma wyobraźni widziałam ją leżącą na podłodze w kuchni z połamanymi kończynami.
– Matuś proszę uspokój się i powiedz co się stało, bo ja tu zaraz trupem padnę.
– Tragedia… – wyszlochała – tragedia!
– Jaka tragedia? – Moja cierpliwość sięgnęła Annapurny, ale wiedziałam że muszę nerwom spiąć wodze, bo jeszcze mi się te rumaki przydadzą.
– Czytnik…
– Co czytnik?
– … się zepsuł!
– Jak to się zepsuł? Może jest nienaładowany?
– Naładowany! Nie reaguje!
– Ale to nie powód do alarmu, po pracy przyjdę i zobaczę co się stało.
– Jak to nie powód do alarmu?! – głos Pani Matki od razu przybrał na sile – Mam 86 lat, nie mogę się ruszać, wychodzić z domu, ani oglądać telewizji, jedyna radość to czytanie. A oczy nie te. Tylko na czytniku widzę. I lekki jest. Łatwo ci mówić, dla mnie to jakby przyjaciel umarł – rozpłakała się znowu.
– Matuś już dobrze, uspokój się. Na razie pożyczę ci swój i zobaczymy co się da zrobić z twoim.
– Pożyczysz?! – oczekiwanie i nadzieja w głosie była jak u sześciolatki przed wizytą św. Mikołaja.
– Oczywiście, że pożyczę. Wpadnę do ciebie po pracy.
– A…
– Tak matuś?
– A nie mogłabyś teraz?
– Teraz? Nie mogę. Jestem w pracy. Nie dam rady.
– Ale… czytnik zepsuł się w najciekawszym momencie i nie mogę się doczekać co będzie dalej!