W Delhi hula denga, a ja tracę mój pierwszy ząb. Do tej pory miałam wszystkie trzydzieści dwa, a teraz po jednym z nich zionie krater, jakby pozazdrościł temu islandzkiemu wulkanowi o nazwie wyłamującej język: Eyjafjallajokull.

Nie dość, że katastrofa smoleńska, potem wulkaniczne pyły i paraliż lotniczy w Europie, do tego powódź w Krakowie, w Ladakhu lawiny błotne zbierają krwawe żniwo, a tu jeszcze ta moja sześciotygodniowa podróż, na tle pozostałych dramatów, niby nic, z podróżowaniem po Indiach jest tak jak z obrazkami w kalejdoskopie: jak potrząśniesz, to nie wiesz co wyjdzie. Najpierw więc lądujemy w Kaszmirze, w środku ramadanu i zamieszek, na ulicach Śrinagaru więcej wojska niż pamiętam ze stanu wojennego. A potem zmieniamy diametralnie religię, ruszamy w kierunku buddyzmu, wiecie: Dalajlama i te klimaty.

W McLeod Ganj ciemność pochłania dzień nagle, gdzieś koło szóstej po południu. Nie ma zmroku, tak jak rankiem brzasku. Może właśnie to jest przyczyna, że ludzie są tu bardziej skłonni do intensywnych kolorów i emocji, bez rozróżniania półcieni. Ale, ja nie o tym chciałam… Chciałam o ciemności i mgle. Spędzaliśmy tam monsunowe lato pamiętnego roku 2010.

Jesteśmy w McLeod Ganj. Kupujemy bilety na nocny autobus. De Lux. Bilety kosztują śmiesznie mało. Przeliczamy jeszcze raz pieniądze, czy przedstawiciel Himaćial Pradesh Transport Company nie pomylił się na niekorzyść firmy przewozowej, ale nie: wszystko zgadza się co do rupii. No to mamy bilety. Autobus odjeżdża z pobliskiej, choć bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, poniskiej Dharamsali.

Jest już ciemno, gdy z plecakami dochodzimy do Main Square. Rykszarze rozjechali się już do domów, tuktuki też się rozpierzchły, teraz plac okupują taksówki. Szybko dobijamy targu i jedziemy.

Wszędzie mgła. Zastanawiam się, na ile nasz kierowca jedzie bo widzi drogę, albo jedzie bo pamięta jak ona przebiega. A droga to kręta serpentyna ostro zjeżdżająca w dół, w czarnej smole doprawionej całkiem sporą nutą mlecznej mgły. Lubię kawę z mlekiem, ale bez przesady!

Uff. Dojeżdżamy do Dharamsali. Tak się nam wydaje, tylko… no tak, czemu nie jesteśmy zdziwieni: znowu nie ma prądu. Gdzieniegdzie przez mgłę przebija się światło z domów, co chwila reflektory omiatają blaskiem jakiegoś przechodnia, a może zjawę. Fosforyzujące oczy krów, psów, kóz i małp przypominają rozrzucone gwiazdy na nocnym niebie. Nie poznajemy okolicy. Kierowca mówi:
No power, no problem. – I uśmiecha się przy tym rozbrajająco.
Za minutę się zatrzymujemy. Zdezorientowani próbujemy przeniknąć ciemność. Słyszymy stanowcze:
End.
Is it the bus station? – pytam.
Yes, there. – I macha ręką w nieokreślonym kierunku.

Wysiadamy prosto w zamęt i zgiełk. Obok kupa śmieci, na niej leżą psy i bacznie się nam przyglądają. Gdzieś tam miejscowi spieszą do swoich spraw. Klaksony, warkot silników. Smrodozapach, jedyny w swoim rodzaju: spalin, śmieci, odchodów, kadzideł i mgły i to wszystko w dużym stężeniu wilgoci podgrzane całodziennym słońcem. Powietrze zalepia nam płuca. Płacimy i bierzemy plecaki.

Stoimy między autobusami. Ichniejszy alfabet informuje podróżnych, w którym kierunku ewentualnie możemy się wybrać. Orientalne litery hindi mogę wyhaftować sobie na serwetce jako ornament, ale ich nie przeczytam. Powracamy do stanu analfabetyzmu.

Nagle przemyka koło nas z głośnym trąbieniem ciężarówka. Odskakujemy. Koło nas zostają tylko psy, ale ich przecież nie zapytamy o drogę. Ciemno, mgła, zwaliste autobusy szczerzą na nas ślepia, co jakiś czas przejeżdżający samochód oświetla okolicę i wtedy mgła jeszcze bardziej gęstnieje i nas zabiera. Za chwilę wyjdą z ciemności demony. I tak tu zostaniemy na wieki wieków…

Intuicyjnie idziemy w kierunku, który, jak nam się wydaje pokazał kierowca. Wąskimi przesmykami między rozklekotanymi pojazdami. Zastanawiam się, czy właśnie takim będziemy jechali przez całą noc. De Lux ala India. Może lepiej nie myśleć. Odmawiamy, my areligijni, wszystkie znane zdrowaśki, aniołystróże i ojczenaszki. Już widzę oczyma wyobraźni jak rozpędzony autobus strąca nas jak kula kręgle.

I wtem zza autobusów widzimy poświatę. A w jej poblasku zadaszenie z barakami, ławki, ludzie i światło komórek. Niech żyje mobilna telefonia! Podchodzimy bliżej. Podbiega do nas Hindus z jednym wystającym górnym zębem, zastanawiam się, czy mu on nie przeszkadza. Może łatwiej byłoby mu gdyby w ogóle był ich pozbawiony. Jest w tym pewna asocjacja: ja straciłam jednego zęba, on ma tylko jednego. Bardziej się domyślamy niż rozumiemy, że pyta nas o cel podróży.
Shimla – odpowiadam.
Shimla, not yet. Now Delhi. – Słyszymy w odpowiedzi. A potem rzuca na odchodnym:
Wait here!

Jesteśmy wcześniej, więc obserwujemy życie na dworcu. Tu wszystko ma swoje miejsce, a rządzi tym nasz jednozębny administrator. Woła przeciągle:
Dilhe, Dilhe, Dheliii! – Nie ma zębów, ale ma głos. Podchodzi do podróżnych, bierze bagaże, pakuje, wszystko za drobną opłatą.

I nastaje jasność. Otoczenie przybiera realny kształt. Ludzie żwawiej się poruszają, jakby światło latarni dodało im energii. Autobus do Delhi sprawnie zapakowany rusza w drogę.

Podchodzi do nas dziecko, chłopiec około sześcioletni, o wygolonej na łyso czaszce z małym kosmykiem na czubku. Utyka i jedną rękę ma zdeformowaną, wydaje z siebie gulgot; my obojętnie patrzymy. Człowiek szybko uczy się, że bieda tak jak wojna czy choroba jest stanem naturalnym, przypisanym do naszego losu czy ludzkiej natury. Przychodzą następni podróżni. Młody odchodzi podrygując i zaczepia następnego przybysza, zniecierpliwiony Tybetańczyk daje mu jakieś drobne. Zaraz pojawia się drugi chłopiec, czarnowłosy i czarnooki. Zabiera kompanowi pieniądze, przelicza resztę, którą wyciąga z podartych spodni, biegną razem do kiosku, by kupić samosy. Trójkątne kawałki ciasta z pikantnym nadzieniem szybko giną w ustach dzieci. Potem chłopcy piją wodę z pompy, biegają po przystanku, a mężczyzna z jednym zębem gromko coś woła do nich; zaczynają go przedrzeźniać. Urzędnik z kasy, który na chwilę wyszedł z ciasnego kantorka, by rozprostować kości, śmieje się z nich i rozdaje kuksańce. Beztroska zabawa przyciąga uwagę podróżnych, na krótko.

Zajeżdża następny autobus. I znów słyszymy jak jednozębny anonsuje:
Manali, Manali, Manaaaliii…

Już nikt nie zwraca uwagi na dzieci, a te wyciągnęły spod ławki tobołek, kupę starych szmat. Rozścieliły na betonowym postumencie, co za dnia służy podróżnym jako ławka, siedzisko, stół i co tam sobie jeszcze życzycie. Moszczą legowisko, idą do pompy i jak młode źrebaki, popychając się i przekomarzając, myją twarz, uszy, zęby i nogi. A potem urządzają wyścigi do swojego barłogu. Układają się zwinięte w kłębek, jeszcze coś tam mamroczą, niedługo pewnie zasną … dworcowe dzieci.

Siedzę i patrzę; i wtedy słyszymy nasze:

Shimla, Shimla, Shimlaaa!